Polacy przeciwko Polakom – w tle sporu o trzecią władzę

Debata, o ile w ogóle można o niej mówić, na temat polskiego wymiaru sprawiedliwości jest kolejnym fatalnym świadectwem dla naszej klasy politycznej.

Politycy partii rządzącej, jak się wydaje, czerpią niesłychaną osobistą satysfakcję z upokarzania swoich politycznych oponentów, a może nawet osobistych wrogów. Widać to było gdy patrzyło się na relacje z obrad Sejmu i widziało uśmiech na ich twarzach wywołany bezradnością strony przeciwnej. Robią także wiele, aby ta bezradność opozycji miała szansę jak najczęściej się ujawnić – przyspieszają procedowanie spraw w Sejmie, ignorują konsultacje społeczne, głosy ekspertów, i to nie tylko tych, którzy wydają swoje opinie na zamówienie konkurencyjnej strony sceny politycznej. Działa tu prosta zasada – kto nie z nami, ten przeciw nam. Politycy PiS mają tylko jeden autorytet, ten, który doprowadził ich do przejęcia władzy i daje wizję rozszerzenia jej zakresu.  Ci, którzy być może mają wątpliwości przynajmniej co do metod i zakresu wprowadzanych zmian wierzą. W co? W to, że cel uświęca środki. Że rządy mające coraz więcej cech dyktatury są konieczną i jedyna drogą, którą gdzieś w przyszłości można będzie zmienić. I zapewne wierzą też w to, że to co robią to jedyna droga do utrzymania władzy, a więc i korzyści z jej sprawowania przez długie lata.   

Podobnie jak politycy PiS myślą ich zwolennicy. Także czują ogromną satysfakcję w upokarzaniu współobywateli, którzy myślą inaczej niż oni.  Chcą się odegrać na tych, którzy przez lata ich lekceważyli i traktowali gorzej od innych. Za moherowe berety, pisuary czy wreszcie za to, że często wyśmiewano się z nich, gdyż radzili sobie w życiu gorzej niż inni. Na tych, których obciążają winą za swoje osobiste niepowodzenia. A każdy ma swoją dumę. Przyszedł więc czas na rewanż.

Oczywiście są też wśród zwolenników PiS osoby kierujące się mniej rewanżyzmem i osobistymi korzyściami, a bardziej ideologią. Ta część utożsamia się chyba najczęściej z ideami konserwatyzmu, w tym tymi zgodnymi z zasadami cywilizacji łacińskiej głoszonymi na przykład przez Feliksa Konecznego. I tu nie sposób nie zauważyć istotnej ideowej niespójności pomiędzy przyjmowanym teoretycznie systemem wartości a praktyką działania wspieranej przez nich partii. Jak dotąd w zasadzie bezkrytycznie.

W cywilizacji łacińskiej odpowiedzialność za czyny pojedynczych osób nie mogą być obarczane całe zbiorowości – co według tej ideologii jest typową metodą stosowaną przez systemy totalitarne. Nie ma dla niej czegoś takiego jak wspólna wina jakiejś grupy społecznej. Klasyczna myśl konserwatywna nie uznaje także używania słów niejednoznacznie opisujących daną zbiorowość typu „my katolicy”, „my Polacy” – dla jej ideologów używanie tak ogólnych pojęć podyktowane jest chęcią uniknięcia indywidualnej odpowiedzialności za słowa poprzez jej rozmycie na bliżej nieokreśloną grupę osób. Jak wobec tych zasad można ocenić używanie przez liderów partii rządzącej retoryki typu: „my prawdziwi Polacy”, stawianie zarzutów skierowanych do tysięcy protestujących osób typu komuniści i złodzieje, ubecy czy przez J. Kaczyńskiego wobec polityków partii opozycyjnych, że mają oni „krew na rękach” czy wręcz, że zamordowali mu brata? Trudno tu przyczynę tego rodzaju zarzutów usprawiedliwić wyłącznie wyjątkowymi emocjami, gdyż zdarzają się one zbyt często. „Umiłowanie” przez polityków PiS odpowiedzialności zbiorowej (przynajmniej w warstwie propagandowej) nieakceptowanej przez konserwatyzm widać jest także w ustawach dotyczących Sądu Najwyższego – nie ma tu kary na indywidualne przewinienia czy postawy poszczególnych sędziów, jest „reset” wszystkich jak leci…

Opozycja, zwana „totalną” nie ma pomysłu, jak przekonać zwolenników Jarosława Kaczyńskiego, czy chociażby osoby nie zaangażowane po żadnej ze stron partyjnego konfliktu do swoich racji. Poza tym, nic nie wskazuje na to, że w ogóle chce to zrobić. Ku uciesze polityków PiS „wali głową w mur” tam, gdzie od dawna już wiadomo, że nie da się go przebić. Psuje swój wizerunek u ludzi nie będących zagorzałymi zwolennikami żadnej z partii ograniczając się do organizacji protestów „przeciw” czy awantur w Sejmie, które ogromnej rzeszy Polaków budzą raczej ogólny niesmak niż chęć opowiedzenia się po którejś ze stron politycznej awantury.

Dlaczego bycie „totalną” opozycją nie przynosi efektu w postaci wzrostu poparcia? Warto tu przypomnieć opowieść o wilku i owcach, w której pastuch tyle razy fałszywie alarmował całą wioskę o napadzie wilków, że gdy te naprawdę nadciągnęły, nikt już nie uwierzył w ten fakt i wilcze stado pożarło owce wraz z pastuchem… Totalny sprzeciw od lat wobec wszystkiego tego co proponuje PiS doprowadził w znacznym stopniu do tego, że wielu Polaków uodporniło się na krytykę tej partii tak jak wioska na fałszywe alarmy pastucha o wilkach. I teraz, gdy zaproponowała ona niezwykle groźne dla demokracji ustawy o KRS i SN, wiele osób pomyślało zapewne – pożyjemy, zobaczymy co będzie.

Główne partie opozycyjne koncentrują się na przekazie kierowanym do tych, którzy już wcześniej je wspierali i wspierają dalej. Przekonują do swoich racji tych, którzy są już do nich przekonani. Nie robią w zasadzie nic, aby zwiększyć grono swoich zwolenników, czy choćby ponownie przyciągnąć tych, których utracili. Platforma Obywatelska nie dokonała „oczyszczenia” w swoim kierownictwie – i to ludzie widzą. Jej „twarzami” pozostały osoby, które są odpowiedzialne za niezadowolenie Polaków, które doprowadziło do dzisiejszej sytuacji. Są odpowiedzialni nie tylko za to co robili będąc u władzy, ale może przede wszystkim za zaniechania, za umacnianie zasad oligarchicznej władzy. Teraz, będąc w opozycji nadal nie przedstawiają żadnych konkretnych propozycji zmian systemowych, które byłyby alternatywą dla tych proponowanych przez PiS. Z uporem opierają swoje szanse powrotu do władzy wyłącznie na totalnej krytyce PiS pomimo, że ta koncepcja była jedną z głównych przyczyn jej utraty.  Nie robi tego też PSL czy Nowoczesna. Dlaczego? Czy jest to spowodowane tym, że faktycznie, jak argumentuje PiS, politycy tych partii uważają, że dotychczasowy ustrój państwa nie wymaga zmian, że wszystko było dobrze i będzie nadal gdy władza wróci w ich ręce? Czy przyczyną braku propozycji zmian jakie powinny być wprowadzone w Polsce jest ich słabość intelektualna i brak pomysłów jakie reformy powinny być przeprowadzone?

Niezrozumiała jest dla mnie także bierność większości środowiska prawniczego w tworzeniu alternatywnych dla propozycji PiS zmian ustrojowych dotyczących sądownictwa. Jego przedstawiciele zgadzają się nawet, że zmiany są potrzebne, ale sami ich nie proponują, a jeśli już to jednostkowo. Część członków SN czy KRS mówi o łamaniu Konstytucji, naruszeniu zasad demokratycznego państwa, nie zauważając jednak dość oczywistego faktu, że dla bardzo wielu Polaków te obowiązujące do tej pory zasady nie mają wartości. Albo inaczej – nie zagwarantowały im one poczucia sprawiedliwości, równości wobec prawa, godnego w ich mniemaniu życia. Oczywiście mowa tu o poczuciu sprawiedliwości, a nie o obiektywnych faktach. To poczucie jest wykorzystywane przez rządzących propagandowo – wystarczy powiedzieć, my mamy rozwiązania, a opozycja, czy krytykowane środowisko prawnicze nie ma żadnych pomysłów na zmiany. Nie ma nawet żadnej woli aby je przeprowadzić. Walczą tylko o „koryto”.

Kibice partii opozycyjnych popełniają podobne błędy jak ci, których wspierają. Ograniczają się do retoryki antypisowskiej i zbyt często zamiast przekonywać obrażają tych, którzy nie stają z nimi ramię w ramię w walce „przeciwko”. Nie żądają od polityków opozycji pozytywnych propozycji zmian, które mogłyby przekonać ludzi, że są one dobrą alternatywą do tych zgłaszanych przez PiS. Postulatów, które podobnie jak te, które były w roku 1980 wywieszone na bramie stoczni, mogłyby zjednoczyć Polaków w walce o państwo, które bardziej dbałoby o ich interesy, a nie o partyjną oligarchię.

A osoby, które nie są aktualnie zwolennikami żadnej partii? Mam wrażenie, że czekają. Nie reagują na nawoływania polityków opozycji, że jeśli ich natychmiast nie poprą to nastąpi koniec demokracji i złowieszcza dyktatura. Myślą – pożyjemy zobaczymy, świat się nie kończy.