Politycy i obywatele. Czy ich równość wobec prawa jest iluzją?

GŁÓWNY PRZEKAZ:
1.
Praktyka pokazuje, że zapis art. 7 Konstytucji RP Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa bardziej odpowiadałby rzeczywistości gdyby brzmiał:  Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa, które same dla siebie uchwalają.
2.
Art. 2 Konstytucji RP: Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej jest w dużej mierze zapisem „martwym”. Politycy nie mają bowiem takich samych praw jak reszta obywateli, a ci najwyższego szczebla pozostają bezkarni.

3. Tak zwana „odpowiedzialność polityczna” to tylko propagandowa namiastka realnej odpowiedzialności polityków za ich działania czy zaniechania. W rzeczywistości nawet najwięksi wrogowie spośród nich tworzą wspólny front w ramach „korporacji polityków”, aby nie dopuścić do zmiany prawa, które pozwoliłoby na traktowanie ich na równi z innymi obywatelami.
4. Wprowadzenie realnej odpowiedzialności polityków przed sądami, które rozstrzygają w sprawach pozostałych obywateli sprawiłoby, iż bardziej zależałoby im na niezależności i sprawności wymiaru sprawiedliwości.
5.  Politycy toczą gorący spór o sposób reformowania Sądu Najwyższego, Krajowej Rady Sądownictwa czy Sądów Powszechnych. Żadna ze stron tego konfliktu jednak nie wspomina nawet o konieczności zreformowania sądu dla polityków, czyli Trybunału Stanu. A ten od 1997 roku zajął się tylko jedną sprawą i do tej pory nie zapadł w niej ostateczny wyrok.

O znaczeniu prawa w systemie tzw. państwa demokratycznego  możemy przeczytać w bardzo wielu opracowaniach naukowych. Odniesienie dotyczące tego pojęcia znajdziemy także w konstytucjach wielu państw europejskich, w tym w polskiej. Używając określenia państwo prawne, zakłada się, że same przepisy prawa obowiązujące w państwie demokratycznym nie preferują żadnych wybranych grup społecznych, oraz, że stanowione w nim prawo jest narzędziem „sprawiedliwości społecznej”. Czy jednak w praktyce tak rzeczywiście jest?

W czyim interesie występują posłowie i senatorowie stanowiąc prawo?

Posłowie i senatorowie kierują się przede wszystkim interesem własnym oraz swojej partii politycznej. Interesy te są bowiem ze sobą bardzo powiązane. Kariera polityków bardziej zależy bowiem od ich pozycji w swoim ugrupowaniu politycznym, niż od wyborców, którzy w naszym systemie politycznym głosują na partie, a nie na personalne przymioty wystawianych przez nie kandydatów. Choćby dlatego, że to od władz partyjnych, a nie od wyborców zależy, czy w ogóle znajdą się oni na listach wyborczych. To ogólnie znane prawdy.

Warto tu jednak zauważyć, że osoby osiągające wysoką pozycję w polityce (w tym właśnie posłowie i senatorowie) swoją działalność traktują jako zawód, źródło utrzymania i pozycji społecznej. Z tego punktu widzenia mniejszym problemem jest dla nich utrata władzy przez ich ugrupowanie polityczne, niż „wypadnięcie” z polityki w ogóle. W jaki sposób? Największym zagrożeniem dla nich jest to, że nie zostaną wystawieni jako kandydaci przy okazji następnych wyborów – a o tym nie decydują ich wyborcy, a ich partyjni wodzowie.

Korzyści z „byciem politykiem” mają nie tylko osoby, których partia aktualnie rządzi  (czy współrządzi). Dotyczą one także polityków będących w formalnej opozycji, która także otrzymuje ogromne dotacje. Dlatego całą klasę polityczną można potraktować jako swego rodzaju „korporację” , która broni interesów swoich członków wynikających tylko z faktu, że są oni politykami. Dlatego nawet skłóceni jej członkowie mają wspólny cel: obronę przywilejów swojej „korporacji”. Ten cel mogą i dość zgodnie realizują poprzez uchwalanie sprzyjającego im prawa. Prawa, które daje im cały szereg przywilejów w stosunku do innych obywateli. Według podziału „korporacja polityków” versus reszta społeczeństwa. Dzięki temu mogą działać zgodnie z tym uchwalanym przez siebie prawem (czy na jego granicy) wbrew interesom ogółu obywateli.

Równi i równiejsi. Czy politycy winni być chronieni immunitetem?

W punkcie 1 art. 32 Konstytucji RP czytamy, że: Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne. Jednocześnie w art. 105 Konstytucja RP wymienia szeroki zakres immunitetu dla posłów. Wystarczy tu zacytować punkt 2 tego artykułu: Od dnia ogłoszenia wyników wyborów do dnia wygaśnięcia mandatu poseł nie może być pociągnięty bez zgody Sejmu do odpowiedzialności karnej. Czyli „korporacja” rozstrzyga we własnej sprawie (swoich członków). Czy taki sposób uprzywilejowania polityków jest zgodny z przytoczoną wyżej zasadą, że wszyscy są wobec prawa równi? Niewątpliwie nie.

Obrońcy immunitetu twierdzą, że jest on koniecznym zabezpieczeniem dla posłów czy senatorów. Podobno przed tym, aby aktualnie rządzący, mając wpływ na zachowanie prokuratury i sądów, nie eliminowali posłów opozycji stawiając im bezzasadne oskarżenia. Czy mają rację? Przecież gdyby zlikwidować w Konstytucji instytucję immunitetu, to można by jednocześnie wprowadzić w niej zapisy, które wzmacniałyby niezależność prokuratury i sądów od polityków. W ten sposób przytoczony wyżej argument straciłby rację bytu. Nowe zapisy konstytucyjne zwiększające niezależność prokuratury i sądów, mogłyby gwarantować politykom to, co teraz gwarantuje immunitet. I przy tym byłyby korzystne dla pozostałych obywateli. Politycy byliby ponadto faktycznie zainteresowani wprowadzaniu przepisów antykorupcyjnych w sądownictwie, gdyż tego rodzaju patologie mogłyby dotknąć ich osobiście.

Trybunał Stanu. Iluzja odpowiedzialności osób należących „korporacji polityków”?

Konstytucja RP z 1997 roku przewiduje, że najwyżsi rangą politycy mogą być pociągani do odpowiedzialności za naruszenie prawa przed Trybunałem Stanu. Zasady działania tego specjalnego sądu określa ustawa. Od 1997 roku Trybunał Stanu zajmował się tylko jedną sprawą, byłego ministra skarbu, Emila Wąsacza, któremu zarzucano nieprawidłowości przy prywatyzacji PZU w 1998 roku. Ówczesne decyzje polityków skutkowały wielomiliardowymi stratami dla Skarbu Państwa. Dopiero w 2005 roku, za rządów PiS, Sejm przyjął uchwałę o pociągnięciu Emila Wąsacza do odpowiedzialności. Jednak do końca kadencji tamtego Sejmu sprawa nie posunęła się naprzód. Po objęciu władzy przez koalicję PO-PSL, przez kolejne 8 lat też nie nastąpiło żadne rozstrzygnięcie. Nie zapadło ono również za obecnych rządów PiS. Przez ponad 12 lat nie zapadł ostateczny wyrok, a sprawa najprawdopodobniej ulegnie przedawnieniu. I trudno tu mówić o przeciążeniu Trybunału pracą, skoro przez kilkanaście lat miał on do rozstrzygnięcia tylko tę jedną kwestię.

Mimo takiej sytuacji, w toczącym się gorącym sporze o zmiany w polskim sądownictwie, ani rządzący, ani opozycja nie wspominają o potrzebie jakichkolwiek korekt w systemie, który przez kilkanaście lat nie pozwolił wydać wyroku w sprawie odpowiedzialności E. Wąsacza. Mimo, że sprawa ta dotyczy wielomiliardowych strat Skarbu Państwa! Ponadto na co dzień słyszymy setki wzajemnych oskarżeń polityków reprezentujących różne partie polityczne. Czy kończą one się na ławie sądowej? Nie, padają tylko puste słowa będące elementem propagandowej gry. Członkowie „korporacji polityków” dbają o to, aby chronić swoje podstawowe interesy i korzyści wynikające z „bycia politykiem”. Sądy są dla „maluczkich”. Politykom, bez względu na ich opcję polityczną, jak widać zupełnie nie przeszkadza brak sprawnego sądownictwa, które rozstrzygałoby dotyczące ich sprawy.

„Korporacja polityków” a inne korporacje zawodowe.

W dyskusji publicznej wraca często problem uprzywilejowania różnych korporacji zawodowych: prawników, lekarzy itd. Mówi się przy tym o istniejących w nich patologiach, które polegają m.in. na nieuzasadnionej ochronie swoich członków przed odpowiedzialnością. Źle pojęta solidarność zawodowa powoduje, że przedstawiciele danego zawodu często bronią swoich kolegów „po fachu” mimo uzasadnionych oskarżeń wobec nich. Osoby spoza korporacji nie mają zwykle możliwości dokonania rzetelnej oceny danej sprawy ze względu na brak dostępu do niezbędnych informacji, a także ze względu na brak potrzebnych do tego kompetencji. Jeśli na przykład w wyniku przeprowadzonej przez lekarzy operacji pacjent umiera, to tylko inni lekarze mogliby dokonać nad nim „sądu”, ocenić czy nie popełnił jakiegoś błędu. Oczywiście aby to zrobić muszą mieć dostęp do niezbędnej informacji medycznej. Niestety źle pojęta „solidarność” zawodowa prowadzi niejednokrotnie do unikania sprawiedliwych ocen.

W przypadku „korporacji polityków” można znaleźć duże podobieństwa do takich zachowań. Politycy uchwalają prawo, które pomaga im unikać odpowiedzialności za ich działania i zaniechania. Tu rządzący i opozycja w ramach tej samej „korporacji” działają zgodnie. Przykładem na to jest wadliwe prawo o Trybunale Stanu, a także o dostępie do informacji publicznej. W tym drugim przypadku dostęp jest teoretycznie gwarantowany – zarówno przez art. 61 Konstytucji RP, jak i przez ustawę o dostępie do informacji publicznej. W praktyce jednak politycy nie ponoszą żadnych konsekwencji, gdy informacji nie udostępniają. W sądach administracyjnych rozpatrywanych jest tysiące spraw związanych z nieudostępnianiem informacji (decyzje odmowne, bezczynność). Nawet jak osoby zobowiązane do ujawnienia danej informacji przegrywają te postępowania, to nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności. Ustawa o dostępie do informacji publicznej została uchwalona w 2001 roku. W swoim art. 23 zawiera sankcje za nieudostępnienie wnioskowanych informacji nawet w postaci kary więzienia do roku, jednak nie znam przypadku, aby sankcja taka była choć raz zastosowana. Przez te kilkanaście już lat do pojedynczych przypadków należy zaliczyć wyznaczenie niewielkiej grzywny za naruszenie konstytucyjnego prawa do informacji. Dlaczego tak jest? Winne jest obowiązujące prawo, ustalane przez polityków w taki sposób, aby chronić interesy własnej „korporacji” (jej członków przed realną odpowiedzialnością).

Co można i należałoby zrobić w powyższych kwestiach? To już materiał na kolejny artykuł.